o tym, jak uratowałam pewną pandę

Wyszłam z psem na spacer. Krążę wokół bloku, pozwalam psu odkryć najbardziej tajemne zakamarki osiedlowej trawy i nagle... Spoglądam w lewo,...

Wyszłam z psem na spacer. Krążę wokół bloku, pozwalam psu odkryć najbardziej tajemne zakamarki osiedlowej trawy i nagle... Spoglądam w lewo, w prawo. To nie może być prawda, myślę sobie. Przechylam głowę w lewo, w prawo, znów się rozglądam na boki. A jednak - to prawda.




Jak bardzo musimy być rozkojarzeni, by zapomnieć zgasić świateł w aucie? W naszym mobilnym świecie? Transporcie życia?
Słońce nieśmiało wychyla się zza chmur, ale jestem pewna - to blask reflektorów, a nie odbijające się  promienie słońca.

Wracam do domu z psem i patrzę mu głęboko w oczy. Wiem, że on wie. Moje sumienie też wie. Wyglądam zza firany, próbuję dociec, do kogo należy feralne auto. Szybka dedukcja potencjalnych sąsiadów-właścicieli... i oto jest - sąsiednia klatka, najwyższe piętro, numeru mieszkania: nieznany.

Wychodzę na autobus. Przechodzę obok auta i już mam je minąć, gdy nagle - totalny zwrot akcji! Przekręcam swoją sylwetkę na pięcie, obracam się w stronę jednej z klatek i hop-hop, wbiegam do niej w podskokach. Patrzę na spis lokatorów, nazwiska tam zebrane zupełnie nic mi nie mówią. Widzę, że na najwyższym piętrze znajduje się mieszkanie numer 80a. Na domofonie nijak nie da się takiego numeru wybrać. Pod spodem doszukuję się karki z jakże pomocną treścią - mam dzwonić pod 81.

Dzwonię.

- Tak, już, proszę. - od razu słyszę żeński głos i dźwięk odblokowanego zamknięcia drzwi, który zachęca mnie od progu do wejścia.

- O, dzień dobry pani. - mówię niepewnie. Pani z przerażeniem zdaje sobie sprawę z faktu, że z pewnością nie jestem jej synem, na którego czeka z ciepłą zupą. (przyp. red.)

- Tak, tak, słucham?

- Ja bym chciała zapytać, czy to pani jest ten srebrny Fiat Panda zaparkowany pod blokiem?

- Tak, mój.

- A, no właśnie. - kamień spada mi z serca i wciąż trochę nie mogę uwierzyć w to, że udało mi się dodzwonić pod dobry numer już za pierwszym razem. - Przechodziłam obok - kontynuuję - i wydaje mi się, że stoi na włączonych światłach.

- Ach, tak? Jejku, dziękuję pani bardzo, naprawdę! Bardzo możliwe! Ja już wysyłam męża, żeby on się tym zajął, dziękuję pani bardzo! - kobieta całuje mi z wdzięczności rączki przez domofon.

- Ależ nie ma za co. - uśmiecham się w pustym przedsionku do lekko rdzewiejącej skrzynki na listy. - Do widzenia!

Ulatniam się od razu, prawie jak jeden z tych dobrych duszków, który pragnął pozostać anonimowy. Znowu na serce mi się od razu cieplej robi, trochę słoneczka, blasku i światła wpuściłam i do mojego światka i do światka tej pani, co roztargnionego męża ma, a syn spóźnia się na zupę.


You Might Also Like

0 komentarze