października 25, 2016
o tym, jak pomoc może zrodzić problemy
października 25, 2016Jadę autobusem linii 517 w stronę centrum Warszawy. Jadę, jak połowa Włoch, a być może i cały Ursus, plus trochę Piastowa i Pruszkowa...
Jadę autobusem linii 517
w stronę centrum Warszawy. Jadę, jak połowa Włoch, a być może i
cały Ursus, plus trochę Piastowa i Pruszkowa. Wszyscy zmierzamy w
stronę wielkich biurowców i oazy życia. Jedni robią to
spokojniej, z większą kulturą, inni natomiast zajeżdżają sobie
wzajemnie drogę i trąbią z nadzieją, że cały sznurek aut z
pokorą rozstąpi się przed ich donośnym klaksonem. Dzień jak co
dzień w Alejach.
Z trudem dobijamy na
przystanek "Dworzec Zachodni. West railway station". Komora
maszyny losującej jest pusta. Następuje zwolnienie blokady. Spora
część podróżnych wysiada z autobusu, inna część się do niego
zawzięcie wpycha. Weszli wszyscy, którzy chcieli, drzwi zamykają
się, ale wtem...
Do ostatnich wrót
maszyny linii pośpiesznej 517 dobiega młoda dziewczyna. Odruchowo
przyduszam przycisk otwarcia drzwi, bo wiem, jaki to ból, gdy coś
ci odjedzie sprzed nosa. Słyszę, że nieznajoma krzyczy coś w
ciemną przestrzeń przystanka. W końcu widzę, jak do środka
autobusu wskakują dwie, młode dziewczyny: zdyszane, ciepło ubrane
i na pewno jakieś takie ucieszone.
Myślę sobie, że fajnie
- otworzyłam im drzwi, których kierowca jeszcze nie zablokował.
Brawo za dobre serce dla mnie i dla kierowcy. Jedziemy dalej. One
jakby mniej radosne, bo widzą zbliżający się korek na Wawelskiej,
co jest zupełną normą, ale...
Przystanek Hala Kopińska
przynosi im otrzeźwienie. Jedna z kobiet wykrzykuje, pyta w popłochu
swoją rozmówczynię, gdzie jest tamtej duża walizka. Nikt nic nie
wie, jak to zwykle u nas bywa, w sprawie dziecka piętro wyżej.
Kobieta wciąż jednak
pozostaje podminowana. Zaczyna krzyczeć, że została, walizka
została. Na dworcu, sama jedna, ona musi przecież po nią jechać.
Wysiada, ktoś z oddali się lekko śmieje, ale to może koty w
internecie albo nowe pomysły rządu.
Przyjaciółka dzwoni do
zapominalskiej w trymiga, zaraz jak autobus ruszy w dalszą trasę.
Podpowiada, że może w kiblu została ta walizka, no przecież
gdzieś musi być. Radzi, żeby bez nerwów jej szukała, znajdzie
się.
Tylko ja mam takie
mieszane uczucia: ni to wyrzuty sumienia, ni to głębszą refleksję
nad sytuacją. Trochę mi przykro się robi, bo jedno, to jak ci
coś sprzed nosa ucieka, a drugie - moment, gdy musisz z czegoś
zrezygnować. Smutno mi się
robi, że im te drzwi wywalczyłam, bo gdyby nie to, to może by ta
walizka nie stała w tej łazienki taka sama, zalana pewnie przy tym
wodą i z mydłem, tym różowym mydełkiem skapującym po jej prawym
boku.

















