o życiu
o tym, jak uratowałam pięciozłotówkę
kwietnia 09, 2016
Taka sytuacja miała miejsce wczoraj na skrzyżowaniu ulic Marszałkowskiej i Nowogrodzkiej. Jest piątkowy wieczór, mocno po godzinie 18:00. Zmierzam nieśpiesznym krokiem w stronę ruchliwego centrum. Zebrało się pod wieczór na dość silny wiatr, który przeszywał swym zimnem.
Nagle widzę, że jakaś kobieta idzie bardzo drobnym krokiem w stronę parkometru. Ma na sobie szarawy płaszcz, wiązany podobnie jak to się robi w wypadku szlafroków. Jej blond włosy wirują na wietrze, przysłaniając jej świat.
Widzę, że wrzuca jakieś pieniądze do parkometru. Z trudem przypomina sobie numer swojej rejestracji. Długim, różowym paznokciem dotyka przycisku akceptuj...
I wtedy na scenę wkraczam ja. Podchodzę do niej powoli, ale zdecydowanie. Chrząkam i mówię, starając się upewnić:
I wtedy na scenę wkraczam ja. Podchodzę do niej powoli, ale zdecydowanie. Chrząkam i mówię, starając się upewnić:
- Płaci pani za parking?
- Tak. - odpowiada.
- Ale wie pani, że dzisiaj jest piątek?
- Dzisiaj jest... piątek? No tak!
- Tak, a w weekend nie trzeba płacić za parking. Naliczyłoby pani aż na poniedziałek.
Kobieta patrzy na mnie dosłownie przez ułamek sekundy, a potem żywo gestykulując zaczyna dziękować mi za uratowanie "jej piątaka". Uśmiecham się do niej serdecznie. Widzę, że jakaś taka zakręcona jest.
- Jejku, a ja tutaj tak stoję, zimno jest. I co ja teraz mam zrobić? To wyleci czy nie? - dopytuje mnie.
- Może krzyżyk pani naciśnie. - proponuję, a już po chwili pięciozłotówka, cała i zdrowa, wylatuje z maszyny na światło dzienne.
- Dziękuję, dziękuję pani bardzo!
Żegnamy się z uśmiechem na ustach. Niesamowite uczucie komuś tak spontanicznie pomóc. Gdybym tylko umiała, uwieńczyłabym to wydarzenie elementem tanecznym rodem z góralskich potupajek. Wystarczyć mi musiała "jedynie" radość rozsadzająca pierś i uśmiech od ucha do ucha.










0 komentarze