o tym, jak byłam śledzona pod Dworcem Centralnym

Wysiedliśmy właśnie z autobusu linii 518. Przed nami Dworzec Centralny i tłum krążący między metrem a Złotymi Tarasami. Przecinamy ich szlak...

Wysiedliśmy właśnie z autobusu linii 518. Przed nami Dworzec Centralny i tłum krążący między metrem a Złotymi Tarasami. Przecinamy ich szlaki, dzielnie kroczymy w stronę hotelu Marriott. Rozmawiamy o tym, gdzie dokładnie leży Iława, przy jakim jeziorze i czy warto tam jechać na majówkę. W. chce mi pokazać na mapie jedno miejsce - w ruchu się to za nic nie uda, tym bardziej w takim wielkomiejskim ścisku. Przystajemy.



- Patrz, tu jest Iława, a tutaj ten pensjonat.

- No ładnie w sumie, ale tak w mieeeeeście? - kręcę nosem, jak prawie zawsze.

- Ale jest jezioro... i las!

- Niby masz rację...

Wtem przed nami, jak gdyby spod ziemi, wyłania się dwóch mężczyzn. Jeden niższy, drugi jeszcze bardziej. Patrzą na nas i coś mamroczą. Patrzę na W., który także nie wie, co się dzieje.

- Mamy ich. Są pod Centralnym. - jeden z nich mamrocze w naszą stronę, przyciskając przy tym słuchawkę do ucha.

Myślę sobie: "No to ładnie, przejrzeli nas.", i próbuję sobie przypomnieć, co ostatnio przeskrobałam. Szybko jednak zauważam, że mężczyzna ma lekko przekrwione oczy i mętny wzrok, co dość osobliwie komponuje się z eleganckim strojem. Powiedziałabym, że tutaj prędzej chodziłoby o rozmowę o Biblii, niż o kryminalne rozgrywki.

Odwracamy się z W. w drugą stronę i z uporem maniaka wpatrujemy się w Iławę na mapie Polski. Na nic to.

- Odwrócili się. On teraz trzyma ją... trzymają ją za plecy. Stoją w miejscu. - mężczyzna relacjonuje wszystko z przejęciem, a ja z jednej strony czuję niepewność, a z drugiej ogarnia mnie rozbawienie. Dobrze, że stoję tyłem.

Idziemy przed siebie z W. Lawirujemy między zaparkowanymi na parkingu autami, przecinamy drogę nerwowym kierowcom szukającym miejsca w centrum. Na nic to również. Mężczyźni kroczą za nami dzielnie i uważnie, obserwując każdy nasz ruch.

- Mamy ich cały czas. Zdejmować ich? - pyta.

A ja w końcu przełykam ślinę, nie wytrzymuję i mówię z radosnym, poniedziałkowym uśmiechem na ustach:

- Przepraszam bardzo, czy panowie mają może jakiś problem?

Mężczyźni przystają jakieś trzy metry przed nami. Jeden z nich trzyma jakąś teczkę, drugi wciąż przyciska słuchawkę do ucha.

- Aaaa nie... - odpowiada ten drugi ni to z rozbawieniem, ni to ze zmieszaniem. Jego oczy są jeszcze mocniej przekrwione, a wzrok w kontakcie z moim - jeszcze bardziej mętny. - Pomyłka, wycofujemy się! - dodaje do słuchawki, a do nas rzuca: - Przepraszamy...

- Ach, nie ma sprawy! - śmieję się w głos, bo na co tutaj się denerwować?

Już po chwili giną między zaparkowanymi autami. Ja i W. patrzymy po sobie lekko rozbawieni, lekko skonfundowani. Dziwny jest ten świat, dziwna ta Warszawa.



You Might Also Like

0 komentarze