o świecie
o tym, jak pozdrowił mnie pan z keyboardem
maja 13, 2016
Zasuwam moim podstarzałym crossem po ścieżce rowerowej. Rozglądam się na boki, bo Grażyn pełno na tych naszych polskich drogach. Z daleka widzę, że już zielone zmienia mi się w czerwone - tak raptownie, bez przerwy na pomarańczową barwę. To zwalniam grzecznie, oszczędzam siły na kolejne kilometry.
Dojeżdżam bliżej i widzę, że przy światłach na Rondzie Daszyńskiego stoi jakiś mężczyzna. Ma na sobie niezdarnie zarzuconą jasnoszarawą kurteczkę Adidasa i podobnej jakości dresy.
Momentalnie dostrzegam, że jego zestaw odzieżowy musi pochodzić z odzysku, bo nijak nie komponuje się z jego kilkutygodniową brodą. Brodą niestety nie prosto od barbera. Zawieszam na nim jednak wzrok, bo fascynuje mnie ten keyboard, który nagrzewa się pod jego prawą pachą. Ładny sprzęt, myślę sobie i jadąc 4km/h, cały czas obserwuję nieznajomego. Ten w końcu patrzy i na mnie, a gdy go mijam, krzyczy za mną, lekko zachrypniętym głosem:
- Te... te pani rude włosy to naturalne? - wskazuje na swoje, lekko skołtunione kosmyki.
Odpowiadam:
- Niestety nie, ale bardzo bym chciała.
Uśmiecha się do mnie pocieszająco, wystawia w moją stronę kolano, zasłonięte tych ciemnym dresem, i tak oto mówi:
- Pozdrawiam panią! Gdybym mógł, to bym się jeszcze bardziej pochylił, ale nie mogę!
Widzę, że już mi się zielone światło zapala na ścieżce w stronę centrum, nie mogę dłużej tamować płynnego ruchu stolicy, więc odkrzykuję mu:
- Dziękuję panu bardzo! Dobrego dnia!
I pedałuję dalej, bo co w taki piękny dzień można sensowniejszego robić? A, grać na keyboardzie, ale niestety - nie umiem.










0 komentarze