o świecie
o tym, jak poczułam się jak wybawczyni narodu
maja 15, 2016
Godzina 0:50. Na przystanek CENTRUM 06
podjeżdża upragniony autobus nocnej linii N85. Tłumy zmęczonych
warszawiaków próbują wydostać się spod PKiNu. I nieźle im to
nawet idzie - autobus zatłoczony jest po same drzwi, które z trudem
się zamykają.
Świetnie, ruszyliśmy. Autobus, choć
nocny, zatrzymuje się na każdym prawie przystanku. Na Dworcu
Centralnym tłumy vol. 2. Zdziwienie? Ależ skąd, tylko miny
nietęgie na twarzach pasażerów, bo autobus jak na złość, wcale
nie chce powiększyć swojej objętości...
Jest dobrze, jedziemy w stronę obrzeży
Warszawy. Coraz mniej osób wsiada - doprawdy nie mam pojęcia, gdzie
oni się jeszcze zdołali pomieścić. Niestety, prawie nikt nie
wysiada.
Ale jedziemy, to najważniejsze. Z
każdym przejechanym metrem zaczyna brakować powietrza. Stężenie
tlenu wynosić już musiało równe 0%, gdy wreszcie nie wytrzymałam.
Rozglądam się nerwowo po twarzach
mas. Wszyscy jakby tęsknie zerkają w stronę okien, ale nikt nie
raczy wysunąć swych zgrabnych rączek po dźwignię; nikt nie
otworzy okna. Nikt. Zaczynam widzieć mroczki przed oczami. Tak
nie może być, myślę sobie i
chrząkam, jakbym chciała te masy poinformować o tym, że zaraz
przemówię, a to co powiem, zwali ich z nóg.
Mówię
więc do niezbyt mądrze wyglądającego jegomościa:
-
Przepraszam pana bardzo, czy mógłby pan otworzyć okno?
Jegomość
chwilę trawił me słowa, wysunął dłoń i oto, i oto... TAK! Okno
się otworzyło, a po autobusie rozeszło się westchnienie ulgi. W
moje ślady poszły i inne jednostki wybitne, które postanowiły
wyróżnić się z tłumu. Nie mogłam w to uwierzyć. Naprawdę. Tak
oto poczułam się jak wybawczyni narodu, jak Matka Polka, która
zesłała swoim dzieciom przywilej powietrza i... obroniła je przed
własną głupotą.
Dziewczyna
stojąca obok mnie, z radością rzuciła się na szyję swojemu
chłopakowi. Chciałam, naprawdę chciałam i ja powielić ten gest,
ale doprawdy ciężko jest obejmować samą siebie.










0 komentarze