o tym, jak trzy razy rolować i jechać dalej

Niemiłosierny żar lał się z nieba od samego rana. Kobiety miały wreszcie okazję wyjąć z szaf piękne, zwiewne sukienki i letnie sandały. M...

Niemiłosierny żar lał się z nieba od samego rana. Kobiety miały wreszcie okazję wyjąć z szaf piękne, zwiewne sukienki i letnie sandały. Mężczyźni, z przyciemnianymi okularami na nosie, zawładnęli warszawskimi drogami. Pędzą swoimi kabrioletami wyciągniętymi świeżo z garażu - nie wiadomo skąd, nie wiadomo dokąd. A pośrodku tego wszystkiego, na terenie Żoliborza, Centrum Olimpijskie, a tam temperatury godne Dakaru. 



 Idziemy w stronę nadmuchanej bramy, którą zdobią loga patronów i sponsorów. Wszędzie dookoła zgiełk, gwar i... ryk przejeżdżających obok maszyn. Wchodzimy właśnie w sam środek nowo powstałego miasteczka, gdy nagle wyprzedza nas motor. Ryczy tuż obok mojego ucha, by za moment zniknąć z pola widzenia. Rozglądam się dookoła, staram się omieść wzrokiem wszystko to, co dzieje się dookoła. Nie sposób. Jest niemiłosiernie gorąco, mózg odmawia posłuszeństwa, ale najlepsze ma się dopiero wydarzyć.

Na horyzoncie pojawia się wreszcie ogromna ciężarówka,a na niej napis: GRAJEK. Rozglądam się dookoła i wyczekuję momentu, gdy wreszcie ujrzę ten ogromny samochód. Rzeczywiście, po chwili go dostrzegam. Tył uniesiony zdecydowanie wyżej, niż ma to miejsce przy zawieszeniu zwykłych, miejskich autek. To jest prawdziwa bestia, zielono-czarny władca nierównych nawierzchni.

Po chwili poznaję pana Włodzimierza Grajka. Siedzi przy ogrodowym stoliczku, ubrany jeszcze w szorty i pasiaste polo. Gdy nas widzi, od razu wstaje z krzesła i wita się z uśmiechem na ustach. Siadamy dookoła stołu, ale moje oczy zamiast na jedzenie na nim ustawione, co chwila uciekają w stronę maszyny.
W końcu nie wytrzymuję i podchodzę do niej na wyciągnięcie dłoni. Ma jeszcze chłodny silnik, da się stać naprawdę blisko. Naiwnie myślę, że to nieźle zrobione BMW X6, ale okazuje się, że z tej marki znajduje się w aucie jedynie szyba i... reflektory.

Z przodu stosunkowo mała, sportowa kierownica, bardzo dużo małych drążków - każdy z nich jest za coś odpowiedzialny. Nie ma jednak czasu na zbędne tłumaczenia. Za chwilę początek prologu. Poznaję jeszcze pilota - Piotra Brakowieckiego.

Przemieszczam się z moim tatą na start. Z oddali widzę unoszący się w powietrzu pył i zagorzałych kibiców usadowionych na rozłożonych leżaczkach. Widzę startujący kład, czuję emocje, które unoszą się w powietrzu i pierwszy raz w życiu myślę: Boże, jak dobrze, że mam przed sobą jeszcze całe życie!

Wreszcie na horyzoncie pojawia się i ekipa numer 104 - Grajek/Brakowiecki. Grzeją maszynę do startu i w końcu ruszają! Jest obok mnie żona kierowcy - pani Kasia. Trzyma mocno zaciśnięte kciuki za męża, czujnie obserwuje trasę, po jakiej porusza się auto. Ekipa znika w tumanach kurzu i bardzo długo się nie pojawia. Grupka kibiców dookoła mnie zaczyna nerwowo szeptać. Samochód pojawia się wreszcie na nowo, ale pani Kasia szybko wyrokuje - dachowali.
Patrzymy z niedowierzaniem w jej stronę, ale nie ma czasu na dalsze domysły - auto pędzi z niebywałą prędkością. Ekipa próbuje odrobić stracony czas, lecz tuż za nimi pojawiają się następni zawodnicy.

Drużyna numer 104 wreszcie znika za drzewami i pędzi w kierunku mety. Wszyscy cofamy się do bazy, niesamowicie ciekawi tego, co się wydarzyło na trasie. Towarzyszy nam i niemałe przerażenie, co będzie z drużyną dalej w klasyfikacji, bowiem wszystkie inne ekipy przejechały trasę bez zbędnych, utraconych minut.

Podchodzę wreszcie do auta. Przednia szyba zbita u góry, prawy bok (ten od strony pilota) mocno wgnieciony. Wszyscy jeszcze nie wiemy, co tak naprawdę się wydarzyło. Wyobraźnia szaleje, emocje sięgają zenitu.

W końcu się dowiadujemy: rolowali. Trzy razy. Na stronę pilota. Mój tata podchodzi do pilota i pyta, co się naprawdę stało. Okazuje się, że... za mocno weszli w zakręt. Podobno pilot na trasie chciał się wypinać i kończyć etap, kierowca go jednak umiejętnie przekonał, by jechali dalej. Niestety, już nie wiem, jak do tego doszło, ale podejrzewam, że... po prostu zdecydowanie ruszył. To wystarcza, z powodzeniem.
To niesamowite, że względem lidera (Zapleta/Momot) stracili tylko 16 sekund.

Moja wyobraźnia (póki co), w ogóle nie umie tego pojąć, jak można rolować i jeszcze jechać dalej. Pan Grajek ściga się dobre 15 lat - myślę, że na tym etapie nie potrzebna jest już żadna wyobraźnia, tutaj liczy się doświadczenie, zręczność kierowcy i refleks pilota.

You Might Also Like

0 komentarze